Urszula Heuwinkel – managerka kultury i producentka

„Kultura to żywa tkanka, zależna od sytuacji społecznej, czy nawet uzależniona od decyzji politycznych. Nie chcę tu narzekać na obecną sytuację w Polsce, bo to jest pasywne i nie przynosi nic konstruktywnego” mówi Urszula Heuwinkel, managerka kultury i producentka, w ostatnim czasie wyprodukowała projekt filmowy Tender Metropolis. Od 3 lat mieszka w Berlinie.

Magdalena Handerek: Urszula dlaczego zdecydowałaś się wyprowadzić z Polski?

Urszula Heuwinkel: Trochę to był przypadek, ale taki zaplanowany. Starałam się o grant z programu Unii Europejskiej na staż managerski, który chciałam odbyć w Actors-Space Berlin, specjalizującym się w szkoleniu aktorów. Pamiętam, że to był jeden z moich pierwszych wniosków unijnych, jakie napisałam. I udało się. Przyjechałam wtedy na roczny projekt do Berlina. To było siedem lat temu, a ja mam jeszcze w głowie tę strategią biznesową, którą pisałam dla Actors-Space Berlin w świetnej współpracy z Mikiem Bernardinem, który był wtedy współwłaścicielem studio. Miałam na ten projekt dokładnie opracowany plan, ale on po prostu runął. Nie przewidziałam, że ten rok w Berlinie będzie tak intensywny – i to zarówno w realności, jak i we śnie. Trochę się teraz wygłupiam, ale myślę, że coś w tym jest. To była cała seria niesamowitych zdarzeń i niezapomnianych spotkań z ludźmi. Obserwowałam warsztaty aktorskie, często brałam w nich udział, chodziłam na taniec współczesny, czy też współtworzyłam projekty artystyczne. I to wszystko działo się spontanicznie. Na przykład przy porannej kawie wymyślałam znajomej koncept do sesji fotograficznej o snach, w kolejnym dniu była już realizacja, a po miesiącu wystawa. Przypomina mi się teraz też musical, przy którym współpracowałam w Kunsthaus Tacheles. To był wtedy jego schyłek a ja obserwowałam upadek pewnej utopii artystycznej, która przecież w latach 90-tych zdominowała berlińską scenę niezależną. Dziś pozostał tylko ogromny, nostalgiczny mural „How Long is Now” na budynku po Tacheles przy Oranienstrasse, który uwielbiam i który moim zdaniem jest świetną metaforą tamtych berlińskich przemian.

A wracając do początków mojej emigracji, to ja po prostu zamiast szoku kulturowego, odczułam wtedy raczej szok kreatywny. Skończyłam projekt i wróciłam do Warszawy. Ale nie na długo, bo obecnie już od trzech lat mieszkam w Berlinie.

Czym zajmujesz się zawodowo, na czym polega Twoja praca i co jest w niej najbardziej fascynujące?

Jestem managerem kultury i producentem. W dużym skrócie to odpowiadam za realizację projektów artystycznych i to o szerokim spektrum, bo interesuje mnie zarówno taniec, teatr jak i sztuka filmowa. Brzmi to może dość abstrakcyjnie, ale ja właściwie działam w dość abstrakcyjnym obszarze. Współpracuję z artystami, poznaję język w jakim tworzą i ich wrażliwość. Kreuje dla nich konkretną machinę produkcyjną. Od kuchni wygląda to zwykle tak, że najpierw pojawia się koncept, który inspiruje i dosłownie zaraża, albo wręcz przeciwnie – jest dziwaczny i intryguje, ale na tyle, że stanowi on siłę napędową danego projektu. I wtedy ja mam swoje ulubione pięć minut – wchodzę i zadaję pytania z serii „a dlaczego?”. Robię to oczywiście dla zaspokojenia mojej ciekawości, ale w ten sposób naturalnie uruchamia mi się proces poszukiwania możliwości realizacyjnych, tworzenia narzędzi do danego projektu, czy też określania jego ryzyka. I to jest oczywiście non stop współpraca z ludźmi i to mnie najbardziej fascynuje. Zresztą komunikacja jest kluczowa w moim działaniu, bo od niej zależy atmosfera pracy i proces twórczy, a tym samym jakość projektu.

Jesteś współtwórczynią projektu filmowego Tender Metropolis. Pierwsza edycja odbyła się w Berlinie i w Warszawie a druga w Budapeszcie. Skąd wziął się pomysł i co ma na celu projekt?
Zaczęłam współpracę z producentem teledysków i przy jednej z rozmów pojawił się temat młodych artystów filmowych, którzy często na początku kariery mają ograniczone możliwości w realizacji projektów i zdobywania doświadczenia. I to była pierwsza ważna potrzeba do powstania Tender Metropolis. Ja w tym czasie miałam już sukcesy w pozyskiwaniu środków z programów unijnych i doświadczenie w projektach międzynarodowych, więc w sumie nic nie stało na przeszkodzie. Ale cały czas brakowało nam jakiegoś punktu zapalnego.

Traf chciał, że w tym czasie mieszkałam w małym mieście w Bawarii i nie mogłam się tam w ogóle odnaleźć. A gdy na chwilę odwiedzałam Monachium, czy Berlin, to w trakcie spaceru po ulicach, zdawałam sobie sprawę jak fajnie jest po prostu odczuwać życie miasta, i ja za tym tęskniłam. To mi nie dawało spokoju, no bo skąd biorą się takie emocje i jak je uchwycić? No i to był ten punkt zapalny do Tender Metropolis, bo takie odczucia ma przecież większość mieszkańców metropolii i jest tu wiele możliwości do opowiadania ciekawych historii poprzez film krótkometrażowy, a to nam chodziło.

Notabene twoje wywiady na portalu „Berlin po Polsku”, to przecież też opowieści o inspiracjach, czy osobistych przeżyciach związanych z metropolią. Ten temat to jakiś magnes – jest tyle ciekawych historii, postaci, czy mitów. A najlepsze jest to, że jak słuchałam twoich wywiadów, to miałam wrażenie, że każdy z rozmówców, jak opowiada o Berlinie, to tak jakby prowadził swój osobisty dialog z tym miastem, jakby to była realna osoba.

A wracając do Tender Metropolis, to każdą z edycji rozpoczynaliśmy konkursem scenariuszowym na film krótkometrażowy. Dostaliśmy sporo ciekawych scenariuszy z różnych stron świata, a te najlepsze – wybrane przez jury były uhonorowane nagrodami finansowi oraz realizacją filmową. Za etap produkcyjny odpowiadali już w sumie filmowcy, którzy zgłosili się do udziału projekcie. Mieli oni wsparcie mentorów oraz zapewniony sprzęt i budżet produkcyjny. Trudno podsumować dwie odmienne edycje: warszawsko-berlińską i budapesztańską, zarówno pod względem artystycznym, jak i realizacyjnym. Najlepiej po prostu obejrzeć filmy, które miały już premiery kinowe, a obecnie są dostępne na profilu Tender Metropolis na vimeo.com.

Czy jest już zaplanowana edycja na przyszły rok ?
Tak, planujemy kolejną edycję Tender Metropolis w kolejnym roku. Przygotowujemy jednak już nieco inny projekt. Wcześniejsze edycje miały tematy przewodnie – w Warszawie i w Berlinie były to motywy szekspirowskie we współczesnej w metropolii, a w Budapeszcie punktem wyjścia do tworzenia historii było hasło „moje nowe życie”. Teraz jednak takie narzucanie tematyczne się już wyczerpało, i dlatego chcemy zmienić format, albo bardziej dosadnie – zburzyć dotychczasową formułę Tender. Z ciekawością oczekuję, co się nowego narodzi.

Jakie jest Twoje największe marzenie zawodowe, co chciałabyś zrealizować?
Od kilku lat jestem wolnym strzelcem i to mi bardzo służy. W Berlinie współpracuje jako kierownik produkcji z teatrem Ballhaus Naunynstrasse. Jak pierwszy raz przyjechałam do Berlina, to miałam marzenie, żeby właśnie z tym teatrem współpracować i to się spełniło. A co chciałabym teraz? W moim zawodzie trzeba stać nogami twardo na ziemi, co akurat bardzo lubię. Z natury jestem pomysłową osobą i lubię podejmować ryzyko, ale z pozycji managera, czy producenta mam świadomość limitów i wiem po prostu, kiedy powiedzieć stop. I to jest dla mnie świetny balans. Dlatego ja nie zadaję sobie pytań typu: co bym chciała, ale raczej – co jest możliwe, albo, co zrobić, żeby było możliwe. W ogóle koncentrowanie się na teraźniejszości jest dla mnie bardziej produktywne. Odczuwam wtedy, co mogę ulepszyć, albo czego mi brakuje. I na przykład w mojej pracy odczuwam brak znajomości języka francuskiego i chcę się go nauczyć.

Jakie projekty będziesz tworzyć w najbliższym czasie, czy możesz zdradzić?
Przygotowuję obecnie trzy projekty – dwa w Berlinie i jeden w Łodzi. Ale nie mogę nic zdradzić, bo są wciąż w fazie rozwoju i nie mamy potwierdzonego na sto procent finansowania. To jest właśnie ryzyko mojego zawodu, które jest nie tylko związane z zabezpieczeniem finansowym projektów. Kultura to żywa tkanka, zależna od sytuacji społecznej, czy nawet uzależniona od decyzji politycznych. Nie chcę tu narzekać na obecną sytuację w Polsce, bo to jest pasywne i nie przynosi nic konstruktywnego. Jeszcze trzy lata temu moje działanie skupiało się przede wszystkim na planowaniu, co rozkręcało też samą realizację projektu. Obecnie jest na odwrót – ja już nie planuję, tylko reaguję. I szczerze mówiąc na to pytanie powinnam odpowiedzieć – nie wiem – co w moim zawodzie jest niedopuszczalne, albo raczej było niedopuszczalne. Dla mnie dziś najważniejsze jest współdziałanie oraz relacje z moimi partnerami i tu mam szczęście. W Polsce mam świetnego koproducenta Tender Metropolis, z którym przygotowujemy obecnie projekt wideoclipów, a w Berlinie: z Interkulturelles Theaterzentrum rozwijamy festiwal teatralny oraz z niezależnym performerem produkcję teatralną z trasą: Berlin – Nowy York – Mexico City.

Jakim miastem jest dla Ciebie Berlin? Co Cię w nim fascynuje, a co odstrasza?
Berlin jest bardzo żywym miastem, szczególnie językowo, a do tego pełnym kontrastów i ja to bardzo lubię. Ostatnio wpadła mi w ręce świetna książka „Berlin. Metropolia Fausta” i w niej pada takie stwierdzenie, że Berlin nigdy po prostu nie jest, ale zawsze się staje. I to jest właśnie kwintesencja tej żywotności, która mnie urzeka.

Berlin jest bezpretensjonalny, tu nie ma miejsca na patos. W tym mieście kreowane są nowatorskie konwencje, które cieszą się uznaniem na świecie, a potem, nie wiadomo nawet kiedy upadają, a na ich zgliszczach powstaje coś zupełnie nowego. Przecież nikt nie spodziewał się takiego końca w teatrze Volksbühne – kilka lat temu sceny tak ważnej w Europie, a dziś praktycznie martwej. Pytanie tylko na jak długo, i co lub kto stanie się nową twarzą tego teatru. W Berlinie tylko anioły są nieśmiertelne, a cała reszta non stop się staje.
A co mnie odstrasza? Chyba te iluzje berlińskie, w których sama też biorę udział. Często słyszę, że Berlin jest otwartym miastem, ale czy rzeczywiście jest? Nawet proste pytanie – gdzie mieszkasz ?, które zawsze pada, gdy poznaję nowych ludzi w Berlinie, to dziś pytanie o jakąś przynależność, czy statut społeczny.
Drażni mnie bardzo jak Polacy się tu wzajemnie traktują. Gdy słyszę stwierdzenia od polskich
imigrantów typu – nie zatrudnię więcej Polaków, albo – chyba nie masz dużo znajomych wśród Polaków, to mnie po prostu trafia. Skąd się bierze ta wzajemna pogarda i nieufność? Jednym słowem sami podtrzymujemy tę polską „gębę”, albo nawet ją sobie przyprawiamy.

Co polecasz innym, szczególnie warte zobaczenia lub przeżycia w Berlinie?
Hmm, to trochę pytanie z serii o ulubiony film, albo książkę i zwykle trudno się zdecydować na jeden tytuł. Ja najbardziej lubię niezaplanowane berlińskie przygody. Na przykład przejeżdżasz w nocy na rowerze obok Siegessäule i słyszysz nie wiadomo skąd piękne brzmienie saksofonu, i to takie, że schodzisz z roweru i podążasz za tym dźwiękiem do przejścia podziemnego. Tam już ta muzyka hipnotyzuje cię w ciemności, a ty stoisz w ciemnym tunelu pod kolumną z aniołem. I okazuję się, że muzyk wybrał sobie to podziemnie jako nocną salę prób ze względu na świetną akustykę. Takich historii mam mnóstwo, zresztą chyba każdy ma taki swój berliński dziennik osobisty, który tworzy się tak naprawdę codziennie. W sumie w ten sposób kreujemy własną mapę tego miasta i do tego bardzo zachęcam. Poza tym kulturalne życie Berlina jest tak kolorowe, że z łatwością można poddać się eksperymentowaniu z własnymi gustami, czy przekonaniami, co ja uwielbiam robić. Na przykład ostatnio nie poszłam na modern dance – jak to często robię, tylko przypadkowo na vogue dance w Motion Studio przy Moritzplatz. To było świetne doświadczenie i nie tylko dlatego, że potem strasznie bolały mnie ręce. Vouging narodził się w latach 60-tych w nowojorskim Harlemie, ale dla mnie ten styl ma w sobie coś berlińskiego – silna performatywność i indywidualna ekspresja tancerzy są po prostu porywające. Zaciekawił mnie ostatnio Berlin Circus Festival na Tempelhofer Feld, na który się wybieram pod koniec sierpnia. Festiwal prezentuje nowe nurty cyrku współczesnego z całej Europy. Dodam, że nie ma on nic wspólnego z tradycyjnym cyrkiem. To raczej rodzaj sztuki performatywnej, gdzie historie opowiadane są poprzez teatr fizyczny, akrobatykę i taniec.
Na jesieni szczególnie zachęcam do odwiedzenia teatru Ballhaus Naunynstrasse, z którym współpracuje, i który będzie wtedy już po remoncie. To miejsce jest szczególne, łączy wiele imigracyjnych, a raczej postmigracyjnych wątków. Co ciekawe termin „postmigracyjny” wywodzi się właśnie z tego teatru i kryją się za nim ważne pytania o to kim jesteśmy w migracyjnym społeczeństwie i jakie historie chcemy tu opowiadać.

Share on Facebook43Share on Google+0Tweet about this on Twitter