Czy chcemy tego czy nie, poza granicami Polski, wybitna chemiczka znana jest jako Maria Curie, a nie Skłodowska i naprawdę nie wszyscy wiedzą, skąd pochodziła. I nie ma powodu, by się za to obrażać – moje refleksje na temat filmu „Marie Curie” w reżyserii Marie Noëlle. 

Natalia Prüfer

Towarzystwo polsko-niemieckie w Berlinie, w ramach cyklu „Kino der Nachbarn” („Kino sąsiadów”) zaprezentuje 11 marca 2019 roku w BALI-Kino film „Marie Curie”. Jest to produkcja idealnie wpisująca się w obchody Międzynarodowego Święta Kobiet 8 marca, które w Berlinie stało się od tego roku dniem wolnym od pracy.

Film jest obecnie również dostępny w mediatece Bayerischer Rundfunk, można go także wypożyczyć w Video World lub obejrzeć odpłatnie w Internecie. Choć powstał już 3 lata temu, to warto go być może ponownie obejrzeć i zastanowić się nad jego przesłaniem. Szczególnie z okazji Dnia Kobiet.

Prezentowanie filmu jako produkcji polskiej (na przykład podczas berlińskiego festiwalu Kino Polska)  i podkreślanie jego „polskości” jest jednak moim zdaniem niesłuszne. Zarówno jeśli chodzi o produkcję, jak i fabułę. „Marie Curie” (polski tytuł to oczywiście „Maria Skłodowska-Curie”) to niemiecko-francusko-polska koprodukcja, wyreżyserowana przez Francuzkę Marie Noëlle. Oryginalnym językiem jest język francuski, a polscy aktorzy występujący w filmie stanowią tylko część (choć bardzo ważną) obsady. Są wśród nich: Karolina Gruszka, Daniel Olbrychski, Jan Frycz, Iza Kuna. Filmowcy pochodzili z różnych krajów, zdjęcia kręcono w Polsce, we Francji, w Belgii oraz w Niemczech.

Główna bohaterka – Maria Curie (Karolina Gruszka) to przede wszystkim mądra, niezależna kobieta, wybitna chemiczka, żona Pierre’a Curie. Jej pochodzenie, panieńskie nazwisko, są drugorzędne. Polski wątek to tak naprawdę jedna scena w filmie, w której Maria wyraża nadzieję, że może po latach niewoli, Polska odzyska wreszcie niepodległość (co ciekawe, w polskim trailerze do filmu zamieszczono tę scenę, w niemieckim już nie). Choć polskich widzów może to rozczarować, według mnie, stanowi siłę tego filmu – brak sentymentów, stawiania pomnika największej w historii Polce, znanej z każdego podręcznika do szkoły. Zamiast tego można skupić uwagę na czymś zupełnie innym: na tym, że Maria Skłodowska-Curie była obcą wśród Francuzów kobietą, otoczoną światem konserwatywnych naukowców, która nie w swoim kraju i w obcej kulturze, języku, osiągnęła tak wiele, dzięki swojemu wielkiemu uporowi i intelektowi. Czy chcemy tego czy nie, poza granicami Polski, chemiczka znana jest jako Maria Curie i naprawdę nie wszyscy wiedzą, skąd pochodziła. I nie ma powodu, by się za to obrażać.

Plakat do filmu Marie Curie

Wątkiem, który według mnie został nieco na siłę (lub po to, by przyciągnąć większą rzeszę widzów) wyolbrzymiony w filmie, jest pokazanie Marii Curie jako stereotypowej Matki Polki skrzyżowanej z wyzwoloną, seksowną Francuzką, która ma czas na wszystko: na wychowywanie córek, na opiekę nad chorym teściem, na badania naukowe, na romans, na podróże, na kąpiel w morzu czy pisanie listów do zmarłego męża. Ten obraz pozbawia ją wiarygodności. Nawet pierwsze objawy choroby popromiennej, takie jak krwawienie z nosa czy problemy ze skórą na dłoniach, dodają jej w pewien sposób uroku, a nie są oznaką zmęczenia  i choroby, po całych latach w laboratorium i kontakcie z niebezpiecznymi substancjami.

Fabuła filmu rozpoczyna się, gdy Maria i Pierre zdobywają wspólnie Nagrodę Nobla, ich miłość i małżeństwo kwitnie. Oboje traktują się z szacunkiem, uwielbiają ze sobą pracować, za nic mają konwenanse, szczególnie te dotyczące roli kobiety w społeczeństwie. Dopiero po tragicznej śmierci Pierre’a, okazuje się, że nie jest łatwo być intelektualistką w świecie zdominowanym przez mężczyzn, a o posadzie w Akademii Francuskiej można zapomnieć. Gdy jeszcze po jakimś czasie na jaw wychodzi romans Marii z żonatym naukowcem, to właśnie na nią padają największe obelgi, nie na kochanka. Dochodzi do tego, że może nie otrzymać drugiego Nobla, bo jej życie prywatne jest na ustach całej Francji, ba, szerzy zgorszenie nawet w Sztokholmie. Przy takim skandalu obyczajowym, dokonania naukowe schodzą na plan dalszy. I choć chemiczka słusznie zauważa niesprawiedliwość tej sytuacji (mężczyźni otrzymują Nagrodę Nobla niezależnie od tego, z kim sypiają), to w oczach wielu naukowców Maria jest postrzegana jedynie przez pryzmat swojej płci. To dlatego ostatnia scena filmu wydaje się tak symboliczna. Czasy się zmieniają. Gdy Maria odebrała już Nagrodę Nobla i odchodzi korytarzem w dal, widzimy idącą z nią dorastającą córkę Irène. Dziewczyna odwraca się i spogląda figlarnie prosto w kamerę, uśmiecha się pewna siebie. Ona nie musi mieć kompleksów z powodu swojej płci, jeszcze wiele osiągnie, bo ma wybitny umysł i została wychowana w domu, w którym rodzina i edukacja, były tak samo ważne. Dominacja mężczyzn nie jest jej straszna. Nadchodzi nowa era. Era kobiet.

Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on Twitter