Joanna Szproch – poczucie pewności siebie decyduje o naszej atrakcyjności

„Dużo się działo przez te lata, ale mój główny projekt fotograficzny, który rozpoczęłam w 2010, jeszcze przed wyjazdem z Polski, wspólnie z moją muzą i przyjaciółką Patrycją aka @smilefomedaddy, wciąż, wraz z nami, rozwijał się i dojrzewał. Żeby przypadkiem nie za bardzo się zestarzał, trzeba było wreszcie coś postanowić. Trzeba coś zakończyć, żeby zacząć coś nowego. Więc tak, wreszcie mam coś, co traktuję bardziej jako niemal dzieło życia, swoje dziecko i dlatego wreszcie solowa wystawa” 

7 września, będziemy mogli podziwiać wystawę Joanny Szproch  @smilefomedaddy w Weserhalle przy Weserstrasse 56 w Berlin Neukölln.

Magdalena Handerek: Asia dziwi mnie, że taka artystka jak Ty, dopiero po sześciu latach życia w Berlinie decyduje się na wystawę. Dlaczego tak długo kazałaś na siebie czekać Berlińczykom?

Joanna SzprochZaraz, zaraz. To nie jest tak, że nagle po sześciu latach po przeprowadzce do Berlina, uaktywniłam się artystycznie, a tak mogłoby to zabrzmieć. Zanim tu przyjechałam, zaczęłam już tutaj trochę działać, wzięłam udział w grupowej wystawie kuratorskiej Leny Braun, barwnej diwy berlińskiej bohemy i sceny LGBT. Potem były inne grupowe wystawy m.in. „Alter Angle” w Galerii Somos, parę niekonwencjonalnych eventów, gdzie pokazywałam raczej swoje artystyczne eksperymenty, takie jak “My Vagina has many fans, none greater than I”, w ukochanym nieistniejącym już Del Rex, oraz wszelakie kolaboracje i partycypacje. Śpiew w nowoczesnym chórze Albert McCloud, czy musicalu Christophera Kline’a Ok Project, video współpraca z choreografką Tarren Johnson, czy artystką wizualną Vero Manchego, nawet miałam epizod wokalistyczny z muzykiem, Robem Gordonem. To dlatego podkreślam na swojej stronie w sekcji biografii, że tutaj odkryłam na nowo swe wewnętrzne dziecko, uciekłam od akademizmu, stworzyłam nowa paletę artystyczną.

Wreszcie znalazłam galerię o takim profilu, który bardzo mi odpowiada, przez to, z jakimi artystami współpracuje, ale także dlatego, że stawia sobie za cel wspieranie lokalnej społeczności, czyli naszej Neukollskiej bohemy, gdzie my, trochę odstający od rzeczywistości artyści z całego świata, czujemy się tu razem trochę jak rodzina, a trochę jak mieszkańcy getto.Do tego szczerze dodam, że mimo, że właściwie sama jestem zaskoczona jak prężnie się rozwijałam i zmieniałam, moja sytuacja prywatna, którą trudno oddzielić od profesjonalnej, do łatwych nie należy. Jako samotna mama uciekłam ze słynącej z presji wysokiego statusu na pokaz polskiej stolicy, do jej przeciwieństwa – stolicy niemieckiej, w której łatwiej mi przetrwać w moim zawodzie i jednocześnie czuć się bardziej uznaną, bo niekoniecznie sukces finansowy jest tu najważniejszy, lecz swoboda twórcza. Kiedy tu się sprowadziłyśmy, Lena miała raptem 9 lat. Gdy oglądam nasze zdjęcia zaraz po przyjeździe, nie mogę uwierzyć jaka była mała, jak się zmieniła, jest tu prawie już pół swojego życia. Ale początki nie były łatwe. Sytuacja mieszkaniowa już wtedy zaczęła być trudniejsza, poszukiwanie naszego 3 pokojowego przytulnego mieszkanka w Neukölln na obrzeżach Ringu zajęło nam przeszło 3 lata, bo wcześniej mieszkałyśmy w jednym, przechodnim pokoju w WG.Czasami strasznie mnie to wkurza. Czuję, że jestem świetna w tym co robię, ale wciąż wszystko zabiera mi więcej czasu ze względu na moja sytuację. Ale nie chce narzekać, bo znam znacznie trudniejsze przypadki, nawet wśród mojego otoczenia. Lena ma koleżankę w klasie, której mama wychowuje samotnie 4-kę dzieci, wśród nich synek bardzo chory, na wózku. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, przez co ona musi przechodzić każdego dnia.  

Jak zaczęła się Twoja przygoda z fotografią? Kiedy był ten pierwszy raz?

Trudno powiedzieć, od którego momentu liczyć ten pierwszy raz. Na pewno w świat magii fotografii wprowadził mnie najpierw tato, który sam był zawsze bardzo kreatywny, z wykształcenia klarnecista, niegdyś grający w operze łódzkiej, teraz głównie malarz, rysownik i karykaturzysta, z aspiracjami inventora. Pamiętam jak jeszcze w PRL-u kręcił ze mną eksperymentalne filmy kamerą 8mm i chował się do ciemni. I może miałam ze 4 latka – kiedy do niej po raz pierwszy mnie zaprosił. Zainteresowanie fotografią zresztą przeszło na tatę z dziadka, który chyba też sprzedał mu bakcyla ciemni. A potem na zimowisko w szóstej czy siódmej klasie dostałam aparat Smiena i pierwszy czarno – biały film. Tak, to zdecydowanie był mój pierwszy raz!

Potem był Zenit, tuż przed dostaniem się na ASP, na której wybrałam kurs przeznaczony dla studentów z podstawami. Myślałam, że z moimi fotograficznymi doświadczeniami, doskonale się nadaję, ale tam było sporo osób po plastyku i innych znacznie lepszych ode mnie, więc na początku strasznie odstawałam. Może właśnie moja ambicja, udowodnienia sobie samej, że mogę być najlepsza, przyczyniła się do tego, ze odkryłam swoją główną dziedzinę. Wśród wszystkich kierunków, które szlifowałam na Akademii, to faktyczne fotografowanie, które stało się moją pasją, zaczęło się gdzieś pod koniec mojej edukacji artystycznej, zakończone dyplomem z fotografii w pracowni profesora Grzegorza Przyborka.

Co jest najbardziej pociągające w fotografii?

To, że mogę się w niej totalnie zatracić. Kiedy jestem za aparatem i tworzę obraz, zapominam o całym świecie. Pocę się i stękam, po prostu nie istnieję. Istnieje tylko to, co widzę i co chce przekazać. Przeważnie współpracuję z osobą, która mnie interesuje. Muszę dodać, że jestem z natury bardzo ciekawa. Mam wrażenie, że mam wyjątkowy talent do obserwacji, wychwytywania charakteru poprzez to co widzę, rzeczy normalnie nie rzucających się w oczy.

Najważniejsza jest dla mnie atmosfera, prawda chwili, więc czasami zdarza mi się także fotografować pejzaże, ale właściwie moim ulubionym tematem są prawdziwi ludzie, głównie kobiety i to, jak na drodze interakcji, autentycznie, kreujemy nasze światy. Z jednej strony fantazja, ale przede wszystkim liczy sie dla mnie osobiste przeżycie, charakter. Więc próbuje wykreować, wyczarować cos z pozoru niewidocznego, opowiedzieć czyjąś historię poprzez to wszystko, co mnie w niej inspiruje, wewnętrzne piękno, kolory, światło, staram sie tak zaaranżować sytuacje, które pasują najbardziej do danej osoby, by wyrazić kim jest. Poza tym, chociaż wszystko już było, właśnie to, że fotografia może być taka indywidualna i każdy ma swoja percepcję, punkt widzenia , to nieskończony temat, zawsze będzie coś świeżego, jakieś nowe spojrzenie.

Na Twojej stronie pojawiają się nazwiska jak Lidia Popiel, Mary Komasa. Według jakich kryteriów wyszukujesz modelki i modeli do zdjęć?

Tak fotografowałam Lidię Popiel – wspominam wspaniale, Mary Komasę, inne polskie celebrities zapewne znane polskiemu czytelnikowi, włączając w to Izabellę Scorupco. Po pierwsze z latami dotarło do mnie po raz kolejny, że zawsze byłam na bakier z mainstreamem, ciągnęło mnie do sytuacji niszowych i właściwie fotografowanie sław to nie mój target, chyba że to by była jakaś ikona, którą podziwiam.Muszę przyznać, że po przeprowadzce całym duchem stałam się kosmopolitką i największą frajdę sprawiało mi odnajdywanie bratnich dusz z całego globu. Lubię przyglądać się różnicom kulturowym, ale na końcu okazuje się, że wszyscy jesteśmy podobni. Unikam też określenia model, jest dla mnie trochę degradujące, “podmiot” jest bardziej odpowiedni, chociaż brzmi tak trochę kwadratowo. Choć na pewno trochę kreuję, daję osobie fotografowanej swobodę, to ona jest tematem, a ja jej tylko podpowiadam, jak czuję, jak ja to widzę.

Wybór – właściwie opieram na osobach jakoś mi bliskich, albo inspirujących. Nawet przy zleceniach komercyjnych, namawiam klientów do współpracy z prawdziwymi charakterami. Do edytorialu dla magazynu 4SEE, numeru o sztuce, zaprosiłam moje przyjaciółki artystki, do kampanii World of Heinrich Barth przekonałam do współpracy ze znajomymi, między innymi niesamowitą Merle, którą fotografowałam od przyjazdu do Berlina.Tematy wyszukuję przede wszystkim w najbliższym środowisku ludzi. Cieszę się bardzo, że mogłam fotografować takich artystów, jak Hanne Lippard, Lady Gaby czy Siggi Ollafson albo Harmonego Molinę. Jasne, artyści to banda egocentryków, ale czasami jesteśmy też marzycielami wierzącymi, że zmieniamy świat na lepsze.

Wiem, że nikt nie lubi być porównywany i ja sama też, z drugiej strony porównywać się do najlepszych może zabrzmieć bałwochwalczo, mam jednak wrażenie, ze dokumentuję naszą historie, że tworzymy coś ważnego. Uwielbiam “Niedzielne Dzieci” Patti Smith … jej historię miłości z Robertem Mapletorphem, w tle Factory Warhola, oni wszyscy prawdopodobnie robili dokładnie to, co my teraz, teraz oni są ikonami. Ach, chciałabym usłyszeć pytanie, kogo chciałabyś sfotografować – gdyby żyła – Agnieszka Osiecka, i z chęcią spędziłabym z nią więcej niż tylko parę godzin na shootingu. A może nawet wychyliłabym z nią kilka głębszych i pewnie zadałabym parę pytań na temat miłości – słuchając jej piosenek, czasem mam wrażenie, że jesteśmy trochę podobne. Ach no i nieodżałowana strata- z Korą też chętnie coś bym zdziałała (trochę sentymentalny śmiech). Cieszę się, że byłam chociaż na jej koncercie jeszcze na studiach, sprzed czasu choroby.

Wykładasz na HTK – Academy Of Design w Berlinie – Fotografia i Art Direction- czy jest to dla ciebie zadowalająca posada?

I tak i nie.

To było tak, dostaję telefon (we wrześniu 2016) z zaproszeniem na spotkanie – nie do końca nawet wiedząc, o co dokładnie chodzi – w trakcie którego dostaję tę pracę na stanowisku Honorar Dozentin – wykłady z “Photography i Art Direction” dla studentów zaawansowanych, gdzie głównie rozwijamy koncepcje od strony artystycznej i estetycznej, uczymy się wizualnego języka. Na początku była faza euforii, strasznie sie cieszyłam i byłam wdzięczna, że otrzymałam taką szansę. Bardzo doceniam wszystko, możliwość dzielenia się moją wiedzą i doświadczeniem, kształtowaniem nowych talentów. Nie wykładam przecież codziennie, równolegle mogę rozwijać się artystycznie. Mam jakąś stałość. Ale niezupełnie…

W tym roku po raz pierwszy przekonałam się, że warunki, na których zgodziłam się przyjąć tę posadę, są okropnie nie w porządku. Ja muszę wszystko dostosować do rozkładu zajęć uczelni, inne zlecenia, urlopy, czy ewentualne zabiegi zdrowotne, bo oczywiście zwolnienie lekarskie nie wchodzi w grę – wystawiam rachunki za liczbę odbytych godzin. Tak więc tego roku musiałam przejść pewną operację, mogłam ją odbyć tylko w czasie przerwy międzysemestralnej. W tym czasie nie było także mowy o szukaniu innych zleceń, które dałyby mi dodatkowe zabezpieczenie finansowe. W trakcie rekonwalescencji, na 2 tygodnie przed oczekiwanym powrotem na uczelnię, dostaję maila od szefa, że związku ze zmiana programową, moja grupa spadła z rozkładu zajęć, co w nadchodzących miesiącach oznacza dla mnie brak jedynych spodziewanych przychodów. Zostaję kompletnie na lodzie.

Wykłady z nową grupą, wymieszaną ze studentów zaawansowanych i początkujących rozpoczynam dopiero po 4 miesięcznej przerwie. Oznacza to prowadzenie 2 programów równolegle w ciągu jednych zajęć, a także, że muszę opracować nowy materiał dla początkujących, bez żadnego dodatkowego wynagrodzenia i bez żadnej gwarancji, że w kolejnych semestrach będę go mogła wykorzystać, ponieważ szkoła nie może mnie zapewnić o kontynuacji współpracy – nowe dyrektywy z centrali o zmianie programowej mogą się zmienić w każdej chwili.

Nie wiem, czy obwiniać za to pracodawcę, czy system, a może siebie? Jedyne co zrobiłam, to nie kryłam mojej negatywnej reakcji, na tyle na ile uważałam za stosowne. Ale co ja więcej właściwie mogę zrobić? Nikt raczej nie dzieli się szczegółami zatrudnienia w obawie o utratę pracy, jakie są stawki, no co powinnam się godzić, bo nie mam innego wyjścia, a na co kategorycznie powiedzieć nie. Wiem, że konkurencja jest strasznie duża, inni tylko czekają na moje miejsce. Na razie to trzymam, bo nic lepszego na widoku obecnie nie mam, ale aktywnie szukam.

Berlin wspaniale się niby rozwija, gentryfikacja, inwestorzy, ale nie ma to wcale żadnego wpływu na poprawę rynku pracy i warunków zatrudnienia!

Jaką masz radę dla początkujących, amatorów?

Pierwsze, co zawsze powtarzam, reguły łamać, ale żeby to robić, najpierw trzeba je opanować. Sięgać do własnych korzeni, obserwacji, zainteresowań. Wspomnienia z dzieciństwa, ulubione kolory, motywy. Jak smaki z przeszłości! Ze studentami na początku oglądam, czego dokonali to tej pory, jakie są ich ulubione inspiracje tematy. Szybko udaje mi się wychwycić ich potencjał i pokierować, zachęcić do fotografii, nawet jeśli nie jest ich ulubionym przedmiotem. Niektórzy wolą fotografować znalezione sytuacje, czy to martwe czy ożywione, miejski pejzaż, nature, bądź uchwycać ludzi z ukrycia. Inni wola dokumentować swoje otoczenie, bądź aranżować i  kreować swoje własne światy. Więc powtarzam, staraj się pamiętać o technice, ale niech ona nie zdominuje tego, co robisz. To tylko narzędzie, mając ją dobrze opanowana, masz więcej możliwości interpretacji. Patrz w głąb siebie. Osiągnięcie tego, tak aby odbiorca zrozumiał intencje autora zdjęcia bez dodatkowego komentarza, czyli opanowanie języka fotografii, to chyba naprawdę jest najtrudniejsze.

W obecnym świecie dominacji obrazu, z jednej strony automatycznie uczymy się tego języka poprzez śledzenie instagrama, Facebooka, wszystko właściwie ilustrowane jest zdjęciami. Z drugiej strony żeby zaistnieć, trzeba wyrobić bardzo charakterystyczny styl i to w większości przypadków wieloletni proces. Nie wiem, czy amator ma takie aspiracje, ale powiedziałabym, że skoro wszyscy posiadają teraz smartphony i fotografują na okrągło, zajmujesz się fotografią na zasadzie hobby, może warto jest się zorientować, na jakich zasadach to wszystko działa. Chociaż aparat to wciąż tylko narzędzie i liczy się głównie to, co widzimy, ze świadomością, jak dzięki niemu, możemy ten obraz kontrolować, mamy od razu znacznie szerszy wachlarz środków przekazu i także gdy coś jest mniej automatyczne, od razu daje nam większe możliwości na kształtowanie własnego charakterystycznego stylu.

O czym będzie Twoja najnowsza wystawa, jaki jest temat, myśl przewodnia?

Cóż, za wiele nie chcę zdradzać, ale jakoś postaram się jakoś zachęcić do zobaczenia na własne oczy. Mogę opowiedzieć, że głównym tematem jest moja przyjaciółka i muza, z którą poznałyśmy się przy okazji naszej pierwszej sesji zdjęciowej, kiedy Patrycja zaczynała karierę modelki, a ja, aspirowałam do fotografki mody. Było to 8 lat temu,  przez które obydwie bardzo się zmieniałyśmy, dojrzewałyśmy, albo może Patrycja dojrzewała, z nastolatki do dorosłej kobiety, a ja w tym czasie zaczęłam się starzeć (śmiech). Przez ten czas, nawzajem się inspirując, czasem też denerwując na – nasze ambicje całkowicie zmieniły swoje trajektoria – uwolniłyśmy się od misji zadowalania innych. To był czas transformacji, w którym opuścił nas wstyd. Wstyd, który moim zdaniem towarzyszy w szczególności naszej płci, od tej przesadnej skromności, od tego, żeby nie być wyuzdanymi grzesznicami, kusicielkami, na nas spoczywa cała odpowiedzialność. Wstydzimy się mieć przyjemność, wstydzimy się w ogóle za to, że żyjemy. Naszych ciał, które nigdy nie są wystarczające ( dla kogo – oczywiście dla panów, których powinnyśmy zadowalać). Nasz wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina!

Nasz projekt to trochę zabawa, ale poprzez zabawę przecież się także uczymy. Uczymy się siebie nawzajem i ewoluujemy. Mamy fantazję i inwencję dziecka, ale dzięki zdobytemu doświadczeniu, dowiadujemy się co lubimy.Ja miałam obsesję na punkcie lalek – do dziś je kolekcjonuje! I Patrycja jest dla mnie jak moja najpiękniejsza lalka, z którą się utożsamiam, którą czeszę i ubieram tak, żeby wygrała tytuł królowej balu. A Patrycja jest jak kameleon, może być dzika albo delikatna, niewinna albo lwica, ale zawsze jest sobą, nie udaje. Mamy obydwie sporo funu w tym naszym wspólnym świecie fantazji. Kolorowy, czasem dziecinnie naiwny, dziewczęcy, ale z latami przekształca się w bardziej dojrzały, seksualny. Pod koniec nabieram sama odwagi, porzucam kompleksy i razem fotografujemy się nago. I nie ma w tym żadnej rywalizacji, jest takie siostrzane zjednoczenie. Nie jesteśmy męską fantazją o lesbijskim stosunku, tylko raczej odkrywamy w sobie naszą kobiecą siłę, nasze seksualny potencjał.

I muszę dodać, że nie wierzę, że poczucie pewności siebie ma naprawdę wiele wspólnego z wyglądem – to cały kompleks uwarunkowań, genetyczny i środowiskowy. Ale uważam, że to właśnie poczucie pewności siebie decyduje o naszej atrakcyjności – jeżeli nie mamy tego od dzieciństwa – na szczęście nad tym da się pracować! Może ta nasza historia zainspiruje inne kobiety do podobnej praktyki – bardzo bym tego sobie życzyła. To wszystko jest w z zdjęciach, trochę nagości, ale bardzo sensualnej, bez perwersji, a oprócz tego cała paleta kolorów, w tym moje ulubione różowy i tęczowy, kolorowe światła, tego nie da się opowiedzieć, to trzeba zobaczyć!

Na sam koniec chciałam dodać, że naszym end goal’em jest wydani książki fotograficznej. Prawdopodobnie mam wydawcę, który jest zainteresowany jej wydaniem – ale będziemy teraz szukać środków, żeby to urzeczywistnić. Do tego, bardzo zależy mi, żeby zakończyć ten projekt z jeszcze kolejnego ważnego powodu – mianowicie rozpoczęłam pracę nad kolejnym projektem fotograficznym i tym razem moją muzą jest mój partner. Po tylu latać fotografowania kobiet, doszłam do wniosku, że nie widziałam wielu projektów z podobnej perspektywy. Znam kolaboracje fotograficzne, np Synchrodogs, gdzie w relacji, to kobieta wciąż jest przedstawiana jako obiekt pożądania. Female gaze… no właśnie ja bym chciała pokazać jak wygląda mój obiekt pożądania.

Zapraszam serdecznie na otwarcie w piątek, 7-mego września, godzina 19, Weserhalle, Weserstrasse 56. Dla tych, mających ochotę usłyszeć więcej o projekcie i o moich metodach- zapraszam na Artist Talk – w środę, 12.09 o 18-tej.

BIO: Joanna Szproch – rocznik 1979. Urodziła się w Warszawie, studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, po obronie magistra sztuki w pracowni prof. Grzegorza Przyborka przeniosła się z powrotem do Warszawy, aby pracować komercyjnie i artystycznie, lokalnie i międzynarodowo, rozwijać swój charakterystyczny styl. Obecnie rezyduje w Berlinie, dokąd przeniosła się tam w 2012 r., kontynuuje pracę jako fotograf oraz prowadzi seminarium „Fotografia i Art Direction” na HTK Academy of Design. Tworzyła projekty dla magazynów, projektantów i marek kosmetycznych, serię portretów reprezentujących przedstawicieli berlińskiej bohemy, cykl niekonwencjonalnych artystycznych prezentacji i wystaw, jak w Unterdertitel czy Caffe Internazionalè. Brała też udział w rozmaitych projektach artystycznych: śpiewała we współczesnym chórze Gray Voice Ensemble czy musicalu O.K. Christophera Kline’a.

Media:

www.joannaszproch.com

FB: https://www.facebook.com/joannaszprochphotographer/

IG: https://www.instagram.com/johana_pl/

Share on Facebook29Share on Google+0Tweet about this on Twitter